czwartek, 27 lutego 2014

La musica española - moje hiszpańskojęzyczne muzyczne ulubieńce

W przerwie między kolejnymi częściami "Muzycznych wspomnień", ale i też z powodu pustek w blogowym folderze uraczę Was dziś moimi hiszpańskojęzycznymi muzycznymi ulubieńcami :) Miłość do latynoskiej muzyki i języka hiszpańskiego zrodziła się w klasie 1-3 wraz z pojawieniem się w telewizji "Zbuntowanego Anioła", "Kachorry to ja" i po prostu samej Natalii Oreiro, za którą szalałam z koleżankami i wciąż darzę ją wielkim sentymentem. Od razu zaznaczę, że nie trawię mdłych, latynoskich telenowel, ale wyjątkiem są te z Natalią, która tak kreuje swoje postaci, że zawsze jest wesoło i kolorowo. W okresie gimnazjum miałam też fazę na kupowanie materiałów do nauki języka i tak do dziś całą jedną półkę zajmują gazetki, słowniki, rozmówki i podręczniki do nauki hiszpańskiego. W praktyce jednak nie nauczyłam się niczego poza pojedynczymi słówkami i płynną wymową. Nie potrafię się zmotywować nie mając nauczyciela, który ocenia, zadaje prace domowe i klasówki, od których zależą moje dalsze edukacyjne losy. Szkoda, że szkoły w Olsztynku nie mają w swojej językowej "ofercie" hiszpańskiego, a nawet jeżeli kiedyś się pojawi dla mnie to już i tak bez znaczenia, bo szkołę ukończyłam.

Najnowsze prognozy pogody mówią, że zima ma podobno nie powrócić :) Już cieszę się pierwszym wiosennym słoneczkiem i - jak co roku - to właśnie piosenki w języku hiszpańskim towarzyszą mi w oczekiwaniu wesołego i kolorowego lata. Bo właśnie z zielenią i słoneczkiem kojarzą mi się te utwory z odległych ciepłych krajów. Mam nadzieję, że muzyczka przypadnie Wam do gustu i te prawie 30 utworów również i Wam umili oczekiwanie wiosny :) Ostrzegam, że wykonawcy się powtarzają. Sami zwrócicie uwagę na to, że ewidentnie mam swoich ulubieńców, którym przede wszystkim poświęciłam w tym poście uwagę.
  
 
Como una loba Natalia Oreiro
Moje zestawienie postanowiłam zacząć od najnowszej perełki - subtelnej i romantycznej piosenki mojej idolki. Jej wydanie - pomimo iż to tylko cover - budzi nadzieję, że może w końcu po 12 latach doczekam się nowej płyty Naty. Choć jej głos nie jest jakiś wyjątkowy dla mnie są to utwory po prostu ładne, przyjemne i odprężające.
 

Corre! Jesse y Joy
Na tę piosenkę i zespół trafiłam w liceum dzięki jednemu z kanałów youtube, który subkrybuję. Nie tylko cover mi się spodobał, ale i sam utwór, którego chciałam posłuchać w oryginale. I tak oto prawie cała płyta, z której pochodzi ten kawałek długo gościła na moim telefonie "repleyowana" dziesiątki razy. Czyż ta kobitka nie ma pięknego głosu?


Pero me acuerdo de ti Christina Aguilera
Kryśka też nagrała płytę w języku hiszpańskim i kilka piosenek wyjątkowo przypadło mi do gustu :)

 
Ojos del cielo El sueno de morfeo
Często puszczana w napisach końcowych "Sos mi vida". Niestety muszę wstawić występ live, ponieważ wyszukiwarka bloggera działa chyba na innych zasadach i w wynikach dziwnym trafem nie ma oficjalnego teledysku, który bezpośrednio na YT wyświetla mi się jako pierwszy -.-
 


Tu y yo Pablo Espinosa
Rok temu Disney Chanel miało rozpocząć emisję argentyńskiej Violetty, w której w rolę ojca głównej bohaterki miał wcielić się przystojniaczek Diego Ramos. Ze względu na niego zdecydowałam się oglądać, ale długo nie pociągnęłam. Po pierwsze - ze względu na słabą aktorkę odgrywającą główną rolę (jest sztuczność możecie zobaczyć nawet w poniższym odtwarzaczu), po drugie - zbyt dziecinny, disneyowski dubbing, który zepsuł efekt całego serialu, nawet rolę Diega. W tym krótkim czasie wpadła mi jednak w ucho jedna nuta, którą przedstawiam poniżej.

 
Rio de la plata Natalia Oreiro
Piosenka z najmniej lubianej przeze mnie płyty. Właściwie jedyna, która mi się podoba. W zwrotkach smutna, w refrenie wesoła - o korzeniach wokalistki.


Gotitas de amor Jesse y Joy
Pozytywna i wiosenna :)


Nave Espacial F.A.N.S.
Są tu jacyś fani Honoraty Skarbek? To piosenka dla Was :) Ja wprawdzie nie przepadam za twórczością tej wokalistki i jedynie pojedyncze utwory wpadają mi w ucho, ale obok "Nie powiem jak" w wersji argentyńskiego zespołu nie mogłam przejść obojętnie :P
  

Manos al aire Nelly Furtado

 
 Eclipse de Luna Mayte Perroni
Wyczajona niedawno na 4funTV.


Pasion Celeste Natalia Oreiro
Wracamy do Natki i pozytywnej piosenki zaśpiewanej w duecie z Jaime Roos.


Me quiero enamorar Jesse y Joy


Que hiciste Jennifer Lopez
Hicior, który puszczali kiedyś w radiu. Oczywiście musiał znaleźć się w tym zestawieniu :) 


Tu Nombre Julieta y Coti
Nuta również wyhaczona z "Sos mi vida" :)


Asereje Las Ketchup
Hit mojej podstawówki. Wszystkie na przerwie tańczyłyśmy tę mega skomplikowaną choreografię :D

 
El Perfume del amor Natalia Oreiro
  

    
Una en un million Jesse y Joy
Piękna, relaksująca piosenka.

   
Obsesion Aventura
Kto nie zna tego utworu? ;)


Por siempre tu Christina Aguilera
 

Que digan lo que quieran Natalia Oreiro


     
Como No Jesse y Joy
   

No me arrepiendo de esta amor Gilda
Piosenka, która większości z Was może się nie spodobać, bo jest potwornie stara i miejscami monotonna. Była jednak tak często męczona w "Zbuntowanym Aniele", że w końcu i ja się do niej przekonałam :)


Porque te vas Jeanette
Utwór poznany przez polską "Majkę", której czołówka była polskim coverem. Słuchać mogę, ale patrzeć w te zmulone, zjarane oczy już nie :D
 

Todos me miran Natalia Oreiro
Ostatnia już tej wokalistki :)
Jedna z nowszych propozycji, która niestety też jest tylko coverem.


Con quien se queda el perro? Jesse y Joy
  


I na koniec moje najnowsze odkrycie - zespół Kevin, Karla & La Banda, którzy coverują popularne piosenki w języku hiszpańskim. Poniżej kilka przykładów wykonań, które podobają mi się nawet bardziej od oryginału.

Perfume Britney Spears COVER
  

Adore you Miley Cyrus COVER
 

Roar Katy Perry COVER


Story of my life One Direction COVER  



 Jak Wam się podoba?
Jeżeli znacie jakieś fajne hiszpańskojęzyczne kawałki piszcie w komentarzu :)

wtorek, 25 lutego 2014

Bransoletka z Zaczarowanego Ogrodu

Wczoraj wieczorem znalazłam cały woreczek kwiatków i liści lepionych w zeszłym roku. Po kilku godzinach łączenia powstało takie coś :) Jak się podoba?
  





Wszystkie elementy ulepione ręcznie, bez użycia jakichkolwiek foremek czy wykrawaczek.
  
Uwielbiam mojego Pentacona i jego bokehowe tło <3
 

poniedziałek, 24 lutego 2014

Puchatkowa ramka

Miałam nie publikować tej ramki, ale nie mam absolutnie nic do pokazania, to ostatnie zdjęcia jakie pozostały w blogowym folderze. Pomimo, iż mnie się baaardzo, bardzo podoba, to wiem, że jest tu sporo przeciwników namiętnego korzystania z foremek a tu mamy aż 75% foremek i zapewne gdybym miała włączoną opcję komentowania z kont anonimowych przesypałoby się przez ten post grono złośliwców. Ale myślę, że moim stałym czytelnikom fakt skorzystania z foremek nie będzie przeszkadzał i mam nadzieję, że efekt ostateczny Wam się spodoba :)

Postaci Kubusia i Tygryska pochodzą z wykrawaczko-stempli, które możecie zobaczyć w poście o materiałach. Jedynie ciastko z miodkiem lepiłam ręcznie. Krem standardowo silikonowy.
  
 

sobota, 22 lutego 2014

Bransoletka a la skóra

Pierwszą skóropodobną bransoletkę możecie zobaczyć TU. Dziś prezentuję drugą, mniejszą i skromniejszą wersję. Przypominam, że "skórka" jest ręcznie ulepiona z modeliny, motyl odciśnięty stemplem. Wykończenie podstawowym makramowym splotem.

Mnie podrabiane skórki bardzo przypadły do gustu i chętnie wykonałabym więcej, ale nie mam pomysłu na jakieś fajne, krótkie (do 4 słów) napisy. Macie jakieś pomysły? Mogą być właściwie w każdym języku, żeby było ciekawiej :)
  
Ulepione całkowicie ręcznie, bez użycia jakichkolwiek foremek czy wykrawaczek. Motyl odciśnięty stemplem. Bransoletka zapleciona ręcznie.

piątek, 21 lutego 2014

2 pary ciasteczek

Dziś wrzucam dwie pary nudnych, wykrawaczkowych ciasteczek, których jeszcze nie pokazywałam. W folderze prac niepokazanych zostały 2 zdjęcia, muszę więc obfocić w końcu babeczki i zacząć lepić coś nowego. 
  
Na dwa dni mogę zniknąć. Czeka mnie ciężki i męczący weekend i nie obiecuję, że znajdę czas na wrzucenie czegoś. Postaram się w przyszłym tygodniu to nadrobić :)


  
Tak wiosennie! Aż chce się żyć :)
 

czwartek, 20 lutego 2014

Moje pierwsze okulary Firmoo

  
Mówi się, że okulary Firmoo są mega popularne i ma je chyba każda blogerka. Nie koniecznie. Ja o istnieniu Firmoo dowiedziałam się dopiero w zeszłym miesiącu. Zupełnie przypadkiem! Poszukiwałam na blogach opinii na temat jednego z kosmetyków ShinyBoxa, na jednej stronie zatrzymałam się na dłużej i trafiłam na posta o tytule brzmiącym mniej więcej tak: "Wszyscy mają Firmoo, mam i ja". No i zaczęło się przeglądanie okularów, wirtualne przymierzanie i wzdychanie do cen. Swoje pierwsze okulary, które kupiłam sobie u lokalnego optyka na 18 urodziny kosztowały 400zł. W tej cenie mogłabym kupić cztery pary okularów korekcyjnych Firmoo. Robi wrażenie, prawda? Wielu z Was zapewne powie: "Tanie, bo chińskie.". A jak myślicie, gdzie produkowane są te cholernie drogie oprawki, które kupujecie w lokalnych sklepach optycznych (a do tego musicie drugie tyle płacić za szkła)? Pamiętajcie, że Polska to kraj złodziejski i za większość towarów płacicie trzykrotnie więcej niż są tego warte. W końcu każdy tu orze jak może, marże są wysokie, bo życie w naszym kraju to walka o przetrwanie. I mówię Wam absolutnie szczerze (możecie mi zaufać, ponieważ nie współpracuję z Firmoo na zasadzie sponsorowanej recenzji, więc nie muszę kłamać ani słodzić) - okulary, które niedawno do mnie dotarły są bardzo dobrej jakości. Niczym nie odbiegają od moich dwóch par zakupionych w Polsce.
  
Jak zwykle moja wypowiedź jest chaotyczna :P Odbiegłam od tematu, pora więc kontynuować historię moich pierwszych okularów. Dowiedziałam się, że Firmoo współpracuje z blogerkami. Trafiłam na stronę 4sponsor.com, sprawdziłam czy spełniam wszystkie wymagania współpracy z wielką nadzieją wysłałam zgłoszenie. Następnego dnia zostało odrzucone z wyjaśnieniem "zbyt mało komentarzy". Zdziwiło mnie to, ponieważ blogi, które przeszły weryfikację miewały o połowę mniej obserwatorów i kilkukrotnie mniej komentarzy. Udało się za to nawiązać współpracę na zasadzie sponsorowanego giveaway'a i 5 moich czytelniczek wygrało vouchery :) W międzyczasie sama wygrałam okularowe rozdanie, ale do tego wrócę później. W lutym pojawiła się nowa aplikacja do zgłaszania się po darmowe gugle w ramach współpracy. Po raz kolejny otrzymałam odpowiedź odmowną. Tym razem wprost niedorzeczną. "Liczba miesięcznych odwiedzin bloga nie spełnia wymagań". Zgłupiałam! Przecież gdybym nie spełniała wszystkich warunków nawet bym się nie zgłaszała. Wymagane jest 5000 odwiedzin miesięcznie. Mój blog w minionych 30 dniach wyświetlony był ponad dwukrotnie więcej razy. Napisałam więc e-maila z prośbą o wyjaśnienie, skąd wzięli takie informację. W odpowiedzi posypały się przeprosiny i wytłumaczenie, którego nie rozumiem. Mianowicie, że obecnie współpracują z niezależnymi blogami, których PR jest nie mniejsze niż 2. Może ktoś z Was to rozumie i jest w stanie mi wytłumaczyć? W każdym razie, jeżeli chcecie rozpocząć współpracę z Firmoo polecam raczej wyszukanie jakiegoś kontaktu i napisanie e-maila, ponieważ jak widzicie 4sponsor to raczej wybieranie przez wyliczankę.

No, nie ważne. Nie wszystko można mieć za darmo. Bloga zakładałam, żeby dzielić się z Wami moją ręcznie robioną biżuterią, a nie żeby zgarniać darmowe gadżety (chociaż oczywiście z czasem prowadzenie bloga zaczyna przynosić korzyści w postaci współprac). Jak wspominałam wyżej okulary wygrałam w rozdaniu u Banshee (raz jeszcze dziękuję!). To było pierwsze rozdanie sponsorowane przez Firmoo na jakie trafiłam i kilka dni później okazało się być wygranym. Wprost nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście! Dopiero co chodziłam ze smutną minką, że zaliczyłam porażkę i odmowną odpowiedź w temacie współpracy a zaraz okazuje się, że jednak będę miała upatrzone okulary :) Na kod rabatowy czekałam jednak cały tydzień i z dnia na dzień coraz bardziej wątpiłam czy oby na pewno otrzymam swoją nagrodę. Powodem tak długiego czekania były obchody Nowego Roku w Chinach, w związku z którymi Firmoo nie pracowało. Jak ja mało wiem o świecie i kulturze innych krajów! Pomimo problemów z pocztą o2 udało mi się skopiować otrzymany od Banshee kod i jeszcze tego samego dnia złożyłam swoje pierwsze zamówienie. Wybrałam TEN model. Okazało się, że kod obejmuje tylko oprawki, zwykłe szkła korekcyjne i wysyłkę. Żadnych dodatkowych bajerów, a ja nie wyobrażam sobie szkieł bez anty-refleksu. Dopłaciłam więc niecałe 9zł i w ten sposób mam okulary korekcyjne z anty-refleksem kupione za jedyne 9zł :) Na samą wysyłkę przyszło mi czekać kolejny tydzień - tyle czasu trwało sprowadzenie odpowiednich szkieł i zmontowanie. Drogę z Chin do Polski "na skróty" przez Indie i Francję przebyły w zaledwie 24h. A potem w Polsce maszerowały sobie spacerkiem kolejne 4 dni. No, ale są! Nareszcie!
    
  
Swojej przesyłki oczekiwałam niecierpliwie, ale z lekką dozą niepewności czy oby na pewno będą mi pasować. Jestem dumną okularnicą, uwielbiam kolorowe i odważne oprawki, ale obawiałam się, że w rzeczywistości będę wyglądać inaczej niż w wirtualnej przymierzalni. Okulary dotarły do mnie w twardym etui (wraz z miękkim pokrowcem, którego zapomniałam sfotografować). Do paczki była dołączona zielona ściereczka i podręczny śrubokręt do małych, okularowych śrubek. Bardzo fajny gadżet, który zajmuje mało miejsca i zawsze można mieć go przy sobie w razie jakieś śrubkowej wpadki :) Ja przyczepiłam go sobie do mojego ozdobionego modeliną M&M'sowego klucza, a do całości dodałam moją nieudaną ręcznie lepioną papużkę, którą pokazywałam Wam kilka postów niżej :)
 
  
Okularami jestem zachwycona, są znakomite i - tak jak pisałam wyżej - bardzo dobrej jakości. Pasują mi perfekcyjnie, świetnie się w nich czuję :) Są troszeczkę ciemniejsze niż te na oryginalnych zdjęciach Firmoo, ale to nawet lepiej. A teraz wielkie brawa dla mojego Lubego Rafała, który dzielnie strzelał foty, pomimo iż pierwszy raz trzymał moją lustrzankę w rękach. W dodatku z obiektywem analogowym, bez możliwości skorzystania z auto-focusa, samodzielnie musiał ustawiać ostrość i z kilkuset zdjęć udało się znaleźć kilkanaście w miarę ostrych. Jak na pierwszy raz poradził sobie świetnie :)
  


 
I wytłumaczę się z tytułu: to moje pierwsze okulary, ponieważ zaledwie dzień po ich otrzymaniu rodzice wręczyli mi mały, niezapowiedziany prezencik bez okazji - kolejne okulary Firmoo - jedne z tych, które bardzo mi się podobały. Nie mam jednak jeszcze zdjęć, dlatego pokażę je innym razem. A ponadto Rafał otrzymał ostatnio od Firmoo e-maila z kuponem zniżkowym na 20% z darmową wysyłką, z którego nie zamierzał korzystać, więc skorzystałam ja i zamówiłam kolejne dwie pary :)

Zapewne niewielu z Was dobrnęło do końca, ale skoro jesteś już na ostatnim akapicie to dziękuję za poświęconą uwagę i wybacz za długość tego posta :)

środa, 19 lutego 2014

Romantyczna babeczka

W przeciągu minionego tygodnia wykonałam aż 40 babeczek i zaroiło się od kwiatków i owoców. Czyżby już w moje prace wkradała się wiosna?
  
Postawa babeczki z foremki. Reszta wykonana ręcznie.

wtorek, 18 lutego 2014

Papużka

Pierwsza papużka wykonana na próbę, niezbyt mi się udała i wyszła nie wykończona. Tak bardzo skupiałam się na tym, aby przód był czysty i tak zawzięcie czyściłam papugę z osiadających na niej pyłków, że zapomniałam o odwrocie. I tak bardzo cieszyłam się, że udało mi się uporać z dzióbkiem, który był dla mnie nie lada wyzwaniem, że wsadziłam papugę do piekarnika, polakierowałam, zawiesiłam na łańcuszku i zorientowałam się, że nie ma pazurów i egzotycznego drzewka, na której miała siedzieć :D Dziś ląduje w mojej osobistej szkatułce, a w przyszłości planuję polepić więcej ptaszków. A wiosna za oknem aż budzi chęć ulepienia czegoś wiosennego lub letniego :)
  


Ulepiona całkowicie ręcznie, bez użycia jakichkolwiek foremek czy wykrawaczek.

niedziela, 16 lutego 2014

"Saga o Ludziach Lodu" Margit Sandemo

   
Kochani, od dawna, od kilkunastu miesięcy chciałam napisać Wam o tej 47-tomowej historii, a kiedy zdecydowałam się w końcu to zrobić okazało się to niemałym wyzwaniem. Naprawdę ciężko zarysować fabułę tak, aby Was zaciekawić, a jednocześnie nie zaspoilerować zakończenia, tym bardziej, że tajemnica rozwija się powolutku przez te 47 części. Nie traktujcie tego jako nieudolnej recenzji, których nie potrafię pisać. Potraktujcie to jako post polecający tę serię książek.
 
Saga o Ludziach Lodu kurzyła się na półce odkąd pamiętam. Nic dziwnego – pierwsza część została wydana w Polsce w 1992 roku – na rok przed moimi urodzinami, a mama większość tomów zakupiła i przeczytała, kiedy terroryzowałam ją w brzuszku. Przez 17 lat swojego życia znałam te książki tylko z grzbietów, traktowałam je jako serię Harlequinowych tasiemców, na którą rzucała się cała rodzina i chyba wszystkie moje starsze kuzynki ją wypożyczały kiedy byłam mała. 
  
W 2010 roku przez chorobę moje ferie wydłużyły do trzech tygodni. W przeciągu 10 dni po raz –nasty przeczytałam całego Harry’ego Potter’a i zastanawiałam się co mam robić przez drugą połowę ferii. Przechodząc obok półki z książkami wyciągnęłam pierwszą z brzegu i natychmiast ją odłożyłam. „Saga o Ludziach Lodu” a na okładce kolo ze skośnymi oczami i grubym futrze. Książek o Eskimosach czytać nie będę! (Wcale nie jest o Eskimosach;) ) Następnego dnia książka znalazła się w moich rękach. Osoby, których ten post zachęci do przeczytania historii Ludzi Lodu ostrzegam – pierwsza część (w mojej ocenie) jest najnudniejsza ze wszystkich, więc nie zniechęcajcie się po pierwszym tomie. Być może odniosłam takie wrażenie, bo po raz pierwszy miałam do czynienia z fabułą umiejscowioną kilka wieków wstecz. Być może dziś – 4 lata później – czytając „Zauroczenie” inaczej bym ją odebrała. Za kolejny tom złapałam tylko i wyłącznie dlatego, że byłam niesamowicie ciekawa co wydarzy się dalej między głównymi bohaterami. I to było dobre posunięcie, bo tom drugi porwał mnie do reszty i przez kolejne pół roku nie mogłam się oderwać od bestsellerowej serii spod pióra Margit Sandemo. Kiedy moja mama zorientowała się co czytam nie była zadowolona. Nie dziwię się. Byłam niepełnoletnia, miałam 17 lat a ”Saga o Ludziach Lodu” to były moje pierwsze książki dla dorosłych i przy pierwszych tomikach byłam w głębokim szoku czytając opisy bardzo intymnych scen zbliżeń między bohaterami.
  
„Saga o Ludziach Lodu” rozpoczyna się w 1581 roku, kiedy to osamotniona 16-letnia Silje głodna i zziębnięta przemierzała ulice norweskiego miasta Trondheim w kierunku miejsca, w którym palono zwłoki zmarłych, aby móc rozgrzać się przy ognisku. Właśnie wielka zaraza odebrała jej rodziców i została sama na świecie. Spotyka przerażającego a jednocześnie tajemniczo przyciągającego żółtookiego mężczyznę – Tengela, który roztacza nad nią opiekę i znajduje dla niej dom. Po pewnym czasie Silje odkrywa prawdę – Tengel mieszka w Dolinie Ludzi Lodu i jest potomkiem Tengela Złego – protoplasty rodu, który dawno temu zaprzedał duszę Diabłu. Ten obiecał mu ziemskie powodzenie, jeżeli co najmniej jeden z jego potomków w każdym pokoleniu będzie czynił zło w służbie Szatana. Znakiem dotkniętych klątwą potomków miały być żółte oczy i czarna magia. Przekleństwo miało ciążyć nad rodem, dopóki jeden z jego członków nie odnajdzie miejsca, w którym zostało zakopane naczynie do przyrządzenia czarodziejskiej mikstury mającej przywołać Księcia Ciemności. Tak brzmiała legenda, a jak z legendami bywa – miała w sobie cząstkę prawdy, choć rzeczywistość okazała się trochę inna, a rozgryzienie tajemnicy Tengela Złego zajęło jego przodkom prawie pięć wieków.
  
Tengel, którego poznała Silje zyskał przydomek Dobrego. To pierwszy człowiek rodu Ludzi Lodu dotknięty klątwą, który przez całe życie walczył z przekleństwem chcąc czynić dobro. Wraz ukochaną Silje zakładają rodzinę i to o ich potomkach czytamy w kolejnych tomach. Śmierć pierwszych głównych bohaterów sprawiła, że przepłakałam kilka godzin a do kolejnej części wróciłam po kilku dniach, kiedy pogodziłam się z przebiegiem wydarzeń. W kolejnych tomach niestety też musiałam się liczyć z szybko biegnącym czasem oraz tym, że bohaterowie odchodzą, aby ich miejsce zajęli ich dzieci, wnukowie, prawnukowie itd. Ostatecznie historia zostaje rozwikłana na początku 20 wieku, a ostatnie strony ostatniego tomu opisują (za) spokojne życie Ludzi Lodu w latach 60-tych. Fajnym elementem było też rozrastające się z tomu na tom drzewo genealogiczne zamieszczone w każdej części.
 
Saga o Ludziach Lodu to bardzo sprytnie napisana seria książek, w której postacie realne przeplatają się z fantastycznymi. Wartka akcja umiejscowiona na tle historycznych realiów świetnie łączy się ze skandynawskimi baśniami, mitami i ludowymi wierzeniami. To mieszanina gatunków, w której każdy znajdzie coś dla siebie. To seria fantastyczna, więc idealnie wpasowała się w moje Potterowe gusta, ale zawiera też elementy romansu i horroru – zdarzało mi się bać :) A pomimo zimnego tytułu to bardzo ciepła saga, pełna miłości, szacunku i mądrości. Przez 47 tomów żadne wątki się nie powtarzały, akcja nawet przez moment mnie nie nudziła, a kolejne części połykałam w zatrważającym tempie. Do szkoły zabierałam czasami nawet po dwa tomy. Na przerwach nie mogłam się oderwać od książek, a i na lekcjach siadałam w ostatnich ławkach i chowałam się za dużymi plecami kolegów, aby dalej móc czytać. Ta dwucyfrowa liczba części może przerażać, ale uwierzcie – nie ma to nic wspólnego z „Modą na sukces”, każdy tom jest inny i równie ciekawy jak poprzedni. A jaką pustkę się czuje po odłożeniu na półkę ostatniego tomu :(
 
Ta saga wprowadziła mnie w bajkowy świat skandynawskich krajobrazów i kolejnych sag. Po przeczytaniu Ludzi Lodu przeczytałam 15-tomową „Sagę o Czarnoksiężniku” tej samej autorki, gdzie w jednym tomie pojawiło się kilka postaci Ludzi Lodu. W następnej kolejności każdą moją wolną chwilę zajmowała 20-tomowa „Saga o Królestwie Światła”, w której splatały się losy rodu Czarnoksiężnika i Ludzi Lodu. Nawet nie wiecie jaka byłam wdzięczna Margit Sandemo, że kontynuowała wątki tych dwóch sag w kolejnej. I pomimo tylu przeczytanych książek nadal jest mi mało. Nadal chcę więcej. W przeciągu ostatnich 4 lat przez moją biblioteczkę przewinęło się kilkanaście sag skandynawskich innych autorów, ale żadna nie dorównała „Sadze o Ludziach Lodu” i pozostałym sagom Margit. W tym roku autorka kończy 90 lat. Mam nadzieję, że zdąży jeszcze napisać coś ciekawego co doczeka się przekładu na polski.
 
 
A może ktoś z Was już czytał tę sagę? Jakie są Wasze wrażenia?

sobota, 15 lutego 2014

Czekoladowo-wiśniowy lód



Ulepione całkowicie ręcznie bez użycia jakichkolwiek foremek czy wykrawaczek.
   
W czwartek została do mnie wysłana przesyłka Chin. Do Warszawy doleciała w 24 (!) godziny, pomimo zawiłej drogi "na skróty" (Z Chin do Indii, z Indii do Francji mijając Polskę i dopiero z Francji do Polski). Ponad 12 tysięcy kilometrów w 24h. I co? Witamy w Polsce. W kolejne 24 godziny przesyłka szła chyba na piechotę, bo od stolicy oddaliła się niecałe 20 km. W takim tempie to w przyszłym tygodniu nie mam co na nią liczyć.
  

piątek, 14 lutego 2014

Złote serduszko z kwarcem różowy na Walentynki

Tak jak obiecywałam - złote serduszko z kwarcem :) Serduszko było lepione ręcznie z czarnej modeliny i pokryte złotym proszkiem Fimo z odciśniętym napisem "Love". Kwiat również lepiony ręcznie z czarnej masy i pokryty perłową porporiną do decoupage, która nadała perłowo-niebieski odcień. Wypełnienie kwiatka to kwarc różowy. Przyznam, że nie jestem stworzona do lepienia tego typu prac, bo najzwyczajniej brak mi pomysłu i cierpliwości. Postaram się jednak od czasu do czasu coś wykombinować :)
  
Ulepione całkowicie ręcznie, bez użycia jakichkolwiek foremek czy wykrawaczek.


czwartek, 13 lutego 2014

LoveBox, czyli ShinyBox LUTY 2014

  
Jak ten czas szybko mija. Nawet nie wiem kiedy zleciał mi ten miesiąc. Dopiero co trzymałam styczniowe pudełko w rękach, dziś już przytulam lutową, walentynkową edycję. Młody, przystojny kurier z okazji zbliżających się Walentynek postarał się dziś i z uśmiechem wręczył mi to pudełko już przed dziewiątą. Od razu wpadłam w wir otwierania, wąchania i fotografowania w celu przygotowania tego posta i standardowo poświęciłam mu kilka godzin, aby miał ręce i nogi i nadawał się do publikacji :)
  
LoveBox to nazwa najnowszego pudełka, którego zawartość wszystkie poznałyśmy dopiero dziś. Słodka, miłosna, walentynkowa edycja w specjalnie na tę okazję zaprojektowanym pudełku.
  

  
Chociaż nadal mam aktywną subskrypcję w tym miesiącu otrzymałam wersję podstawową. To była moja własna decyzja. Zapomniałam dopilnować, aby 25 stycznia na PayPalu znalazło się 49zł. Cieszę się i nie przelewałam pieniędzy na konto, ponieważ kiedy dowiedziałam się jaki kosmetyk dostaną subskrybentki (żel do skórek Afrodita-Aroma) i kiedy przeczytałam nieciekawe opinie o tym produkcie doszłam do wniosku, że w tym miesiącu najzwyczajniej mi się nie opłaca. Akurat miałam uzbierane 100 ShinyStars, więc zdecydowałam się na podstawową wersję - bez produktu dla subskrybentek, ale za to całkiem za darmoszkę :) Subskrypcja i zaoszczędzone pieniądze przechodzą na marzec.
  

  
Na fanpage'u Shiny już posypały się zawiedzione komentarze. To zapewne kwestia gustu i oczekiwań, ale ja nie podzielam niezadowolenia i to pudełko bardzo mi się podoba.  Gdybym jednak to ja miała możliwość komponowania zawartości ShinyBoxów niektóre produkty umieściłabym w innych edycjach pudełek.
  
  
AROMATHERAPYBAR
OLEJEK DO MASAŻU I KĄPIELI
Olejek w kompozycji cynamon z pomarańczą. Olejki wykazują bardzo dobre właściwości pielęgnacyjne. Ujędrniają, wygładzają i uelastyczniają skórę. Świetne do masażu, a przy tym pięknie pachną i pozostawiają skórę delikatnie wonną i aromatyczną. (Info z ulotki) 
Wartość 18zł/30ml. W pudełku znalazłam produkt pełnowymiarowy.
Spośród dwóch kompozycji zapachowych: cynamon z pomarańczą lub z grejpfrutem otrzymałam tę pierwszą wersję. I to jest jeden z produktów, który - pomimo iż się z niego cieszę - nie pasuje mi do LoveBoxa, za to chętniej widziałabym w świątecznej edycji. Połączenie zapachów jest cudowne i zmysłowe, ale za bardzo kojarzy mi się ze świętami, które dopiero co się skończyły. 
  
   
WHITE FLOWER'S EXPERIENCE
TRZY RODZAJE MASECZKI BŁOTNEJ
Błoto z morza martwego to bogactwo mikro i makroelementów o wyjątkowo dobroczynnym działaniu. Znane i stosowane od tysiącleci, oczyszcza, odżywia skórę, regeneruje ją i pielęgnuje, regulując przy tym wydzielanie sebum. (Info z ulotki) 
Wartość 19zł/zestaw. W pudełku znalazłam produkt pełnowymiarowy.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek jakakolwiek maseczka w saszetce wywoła szczery uśmiech na mojej twarzy. Nie przepadam za maseczkami, szczególnie tymi w saszetkach, które kosztują krocie a po jednorazowym użyciu nie gwarantują efektów. Nigdy jednak nie kładłam błotka na twarz a dwa z trzech jakie znalazły się w moim pudełku budzą we mnie pozytywne odczucia, tym bardziej, że "widoczna poprawa kondycji skóry w większości przypadków nastąpi już po jednorazowym zastosowaniu maseczki". Otrzymałam maseczkę do skóry z problemami, pielęgnującą oraz anti-age. Tę ostatnią oddam mamie. Ten produkt - ze względu na design opakowania - bardziej pasuje mi do letniego pudełka. 
  
  
JOKO
MASKARA QUEEN SIZE
Najnowsze maskary marki Joko nie tylko podkreślają urodę, ale i zapewniają rzęsom codzienną ochronę. Podstawowym składnikiem maskar Queen Size jest winyl, który zwiększa odporność na czynniki zewnętrzne i elastyczność rzęs oraz gwarantuje przedłużoną trwałość makijażu. (Info z ulotki) 
Wartość 26zł/szt. W pudełku znalazłam produkt pełnowymiarowy.
Maskara od jutra ląduje w mojej kosmetyczce. Akurat dziś rzęsy tuszowałam wysuszonym już Rimmelem, a tu taka niespodzianka. Chętnie zużyję, ale po wartości produktu już wiem, że go nie kupię ponownie - nie na moją kieszeń, skoro dobre maskary o większej pojemności mogę kupić do 15zł.
  
  
GOLDWELL
SPRAY DO WŁOSÓW BIG FINISH
Big Finish to mikroskopijny spray dla mocnego utrwalenia włosów i zwiększenia objętości na cały dzień. Spray chroni przed dużą wilgotnością powietrza, nadaje dodatkową obfitość włosów oraz chroni kolor. (Info z ulotki) 
Wartość 50zł/300ml. W pudełku znalazłam miniaturę o pojemności 50ml (8,3zł).
Jedyny produkt pudełka, z którego nie cieszę się wcale. Mam już jeden z zeszłorocznego boxa w wersji Magic Finish, ale dla mnie obie wersje to jeden grzyb. Poprzedniego sprayu użyłam tylko raz, kiedy kręciłam włosy na Wigilię. Na co dzień związuje włosy w kucyk. Nie mam potrzeby układania włosów, więc utrwalacz fryzur też mi nie potrzebny.
  
  
BIELENDA
MULTIFUNKCYJNY KREM CC 10w1
Innowacyjny krem skutecznie udoskonala wygląd skóry, maskuje niedoskonałości, ujędrnia, intensywnie nawilża. Rozświetlające mikropigmenty odbijają światło i dodają skórze blasku. Lekka, nietłusta formuła szybko się wchłania. Nie pozostawia na skórze tłustego filmu. (Info z ulotki) 
Wartość 25zł/175ml. W pudełku znalazłam produkt pełnowymiarowy.
Mój faworyt, bo z kremami CC nie miałam jeszcze do czynienia. Przeraził mnie kolor, ale po wsmarowaniu ładnie zlał się ze skórą. Nie wiem czy krem można stosować na twarz i póki nie doczytam gdzieś w internecie nie będę ryzykować i dodatkowo podrażniać mojej wrażliwej cery. Chętniej widziałabym go w letnim pudełku, bo teraz większość z nas i tak chowa niedoskonałości i przebarwienia ciała pod ciepłymi ubraniami i kurtkami. Z racji długiego terminu przydatności u mnie przeczeka do lata.
  


   
Po otwarciu pudełka wysypały mi się z niego ulotki i rabaty. Jak zwykle nie skorzystam z żadnego, bo zazwyczaj kody są ważne przy zamówieniach za min. 200, 300zł. A kilka stówek na ulicy nie leży. Szkoda też, że kupony mają taką krótką wartość (do końca lutego i marca), bo większość z nas być może skusiła by się przed świętami szukając prezentów.
  
Podsumowując: w pudełku znalazło się 5 produktów kosmetycznych, z czego aż 4 są pełnowymiarowe a ich łączna wartość to 96zł. W tym miesiącu oceniam je 4/5, a punkcik odejmuję za spray Goldwella. 
 
 ~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~
  
Jeżeli ktoś z Was nie subskrybuje jeszcze ShinyBoxa lub chce kupić pojedyncze pudełko może to zrobić z tego linku:
Koszt jednego pudełka to jedyne 49zł, a wartość zawartości zazwyczaj jest wyższa. W dodatku co miesiąc możesz cieszyć się jak dziecko otwierając z niecierpliwością pudełko-niespodziankę. UWAGA! ShinyBox uzależnia! Jestem posiadaczką wszystkich pudełek od czerwca 2012 do lutego 2014 :) Wszystkie moje pudełka można zobaczyć TU
PS. Tak, tak - składając zamówienie korzystając z powyższego linku pomagacie mi w zbieraniu gwiazdek :)
 

wtorek, 11 lutego 2014

Muzyczne wspomnienia part 1 - 1999

  
Miesiąc temu z bratem oglądając jeden z programów muzycznych, zawiedzeni przewijającymi się wciąż łupankami zaczęliśmy wspominać.  
Pamiętasz jak w Sylwestra tańczyliśmy do Stachurskiego? 
 A kojarzysz tą piosenkę co leciała jakoś tak: "Bikoz A Ga Ha"?
 
I tak od słowa do słowa zaczęliśmy wyszukiwać na youtube stare przeboje naszego dzieciństwa. Bardzo wczesnego dzieciństwa, bo wychowywaliśmy się na muzyce z lat 1999-2003. Najlepsze muzyczne wspomnienia pochodzą właśnie z czasów przedszkola i klas 1-3 podstawówki. Nawet brat zgodził się ze mną, że i sieczki były kiedyś przyjemne dla ucha :) Z wielką radością po ponad 10 latach wróciłam do tych wszystkich piosenek i postanowiłam stworzyć dla Was serię postów z hitami mojego dzieciństwa. Serię, bo uzbierałam ich ponad 150. Podzielę więc je rocznikowo, ale i niektóre roczniki będę musiała rozdzielić na kilka partów, bo na każdy przypada po kilkadziesiąt :) Właściwie kilka postów mam przygotowanych od kilku tygodni, ale ostatnio było tak dużo niebiżuteryjnych wpisów, że ciągle to odkładałam.
Część z Was to moi rówieśnicy, więc z pewnością kojarzycie tę muzykę; niektórzy z Was są dużo młodsi, ale kilka pozycji na pewno znacie a pozostałe może przypadną Wam do gustu. Mam nadzieję, że będzie się Wam słuchało równie miło jak i mi :D

Pierwszy part to muzyka z roku 1999, ale nie sprawdzałam kiedy dokładnie każda piosenka trafiła na rynek muzyczny, więc znajdą się też pojedyncze utwory z wcześniejszych lat.

A wszystko to - Ich Troje 
Tak! Ta piosenka ma już 15 lat, ale zna ją chyba każdy :) Pamiętam ten szał na Ich Troje, każdy chciał mieć ich kasetę w domu :P

If it makes you happy Sheryl Crow - kocham refren <3
  
Smooth Santana

I'll be missing you - P. Daddy

Uh la la la - Alexia
Kiedy miałam kilka lat była to zdecydowanie moja ulubiona piosenka.
Do dziś rodzice i starsi kuzyni śmieją się ze mnie stającej na łóżku i śpiewającej łamaną angielszczyzną :P
 
Baby one more time Britney Spears


Genie in the bottle Christina Aguilera

Scar Tissue Red Hot Chili Peppers

Torn Natalie Imbruglia

Don't speak No Doubt

I want it that way Backstreet boys
Boysbandy chyba zawsze będą miały swój urok :)

Crazy Britney Spears

Frozen Madonna

Wannabe Spice Girls
 
I don' want to miss a thing Aerosmith

All star Smash Mouth

To the moon and back Savage Garden


 Na tym kończę pierwszą część 99 roku. Kolejne 17 utworów dodam w przeciągu dwóch tygodni :)
Klimatycznie, prawda? ;)

poniedziałek, 10 lutego 2014

Nagradzanie za komentowanie / Walentynki

Wczoraj wspominałam o nagradzaniu najaktywniejszych czytelników. Jak zapewne zauważyliście na pasku bocznym pojawili się TOP KOMENTATORZY. Początkowo zamierzałam nagrodzić osobę, która znajdzie się na pierwszym miejscu zestawienia, ale komentarz jednej z Was uświadomił mi, że może posypać się lawina jednowyrazowych komentarzy do wszystkich opublikowanych na tym blogu postów. Postanowiłam więc, że spośród osób, które do końca 2014 roku znajdą się w TOP 10 wybiorę jedną, którą nagrodzę przydasiami, kosmetykami lub biżuterią. Przy wyborze nie będę się kierować ilością dodanych komentarzy (więc nie ma dla mnie znaczenia czy znajdziesz się na pierwszym czy dziesiątym miejscu) tylko ich treścią. Więcej szczegółów TU.
  
A dziś prezentuję Wam Walentynkowy naszyjnik. Serce zamknięte na kłódkę z kluczykiem i plakietką z napisem "I'm yours". Pierwszy raz używałam metalicznych posypek od Fimo. Srebrny prezentuje się średnio, za to złoty jest moim ulubieńcem i już niedługo pokażę Wam moje złote serduszko z kwarcem :)
  


Każdy element został ulepiony ręcznie, bez użycia jakichkolwiek foremek czy wykrawaczek. Napis odciśnięty stemplem. Kłódka i kluczyk to metalowe charmsy.

niedziela, 9 lutego 2014

Babeczki i utracone komentarze :(

Kochani! Z kilku postów poznikały Wasze komentarze. Bardzo Was przepraszam! Nie usunęłam ich celowo, zupełnie przez przypadek :( Zamiast przejść do zakładki "Oczekuje na moderację" pozostałam na "opublikowane" czego nie zauważyłam. Z przyzwyczajenia zaznaczyłam wszystkie i kliknęłam w pierwsze okienko, które powinno być okienkiem "Opublikuj" a tymczasem okazało się być "Usuń zawartość". Usunęłam 100 ostatnio dodanych komentarzy, z których większość było bardzo fajnych, długich, z konkretną treścią, czyli takie, które lubię najbardziej. Kiedy się zorientowałam aż mi się gorąco zrobiło. W chwili obecnej wszędzie widnieje informacja: "Ten komentarz został usunięty przez administratora". Przeszukałam google i raczej nie da się ich już odzyskać. Bardzo, baaardzo przepraszam! :<

Najbardziej mi żal komentarzy z posta DIY Simulation Butter - parę słów o sztucznym kremie , dlatego jeżeli chcecie ponownie podzielić się ze mną swoimi spostrzeżeniami dotyczącymi sztucznego kremu zapraszam do posta i proszę o ponowne komentarze.
   
Dziś przedstawiam Wam dwie naszyjnikowe babeczki, które miały być kolczykami, ale przy dziennym świetle zorientowałam się, że podstawy mają inny kolor :)
  


Podstawy babeczek z foremki. Kokardki ulepione ręcznie.
  
Co powiecie na nagradzanie najaktywniejszych czytelników? ;) Szczegóły miały być dziś, ale przez zaistniałą sytuację z komentarzami wolałam ten post poświęcić wytłumaczeniu. Więcej info dostaniecie więc jutro.
 

sobota, 8 lutego 2014

Wyniki rozdania z Firmoo

Dziękuję wszystkim za udział, ale niestety darmowych okularów nie mogę przyznać nikomu. Zgłosiło się 40 osób, a warunkiem sponsora było 50 zgłoszeń. Szkoda, że rozdanie mogło trwać tylko tydzień. Myślę, że w dwa tygodnie dobilibyście pięćdziesiątki.
 
ALE, ALE!
Nadal mogłam wylosować 5 voucherów po 30$ na wybrane okulary z serii Classic od Firmoo :) Losowanie odbyło się za pośrednictwem losowe.pl a numerki odpowiadają kolejności zgłoszeń.
  
  
Trzydziesto-dolarowe vouchery otrzymują:
34 - xefori
32 - dagmarka
17 - Mariska
Gratuluję:) Wasze dane wyślę sponsorowi i kiedy tylko otrzymam kody rabatowe wyślę Wam na e-maila.
  
Uwaga! Jeszcze w tym miesiącu ruszy potrójne rozdanie, w którym będą 3 kategorie (kosmetyki, przydasie, biżuteria) i trzech zwycięzców - po jednym w każdej kategorii. Wy natomiast będziecie mogli się zapisać do każdej kategorii, która przypadnie Wam do gustu :)

Ponadto - kiedy tylko minie określony czas między rozdaniowymi współpracami z Firmoo - spróbuję ponownie. Może pojawi się jakieś ciekawsze, na innych warunkach, bez określonej liczby zgłoszeń :)